Marzec 2025 Mołdawia i Naddniestrze

Krótki, czterodniowy, ale treściwy wypad.

Na czas naszego pobytu w Tyraspolu wybraliśmy hostel Like Home. Przybytek ten jest dosć klimatyczny, znany wśród youtuberów. Część naszej ekipy miała okazję być tam wcześniej, więc właściciel nas znał i dokonaliśmy rezerwacji bezpośrednio u niego przez internetowy komunikator. Dosyć ciepło wspominał naszą poprzednią wizytę, na tyle ciepło, że – chociaż nie było tym razem dane nam go spotkać – zostawił prezent w postaci 5 litrów wina z własnej piwnicy. Może i dobrze, że go nie spotkaliśmy… Wino wypiliśmy.

Hostel jest przygotowany pod turystów, specyficznych turystów. Bo kto normalny jedzie do Naddniestrza, państwa, którego nie ma na mapie? Którego nikt, poza Abchazją, Osetią Południową, Republiką Górskiego Karabachu i Somalilandem, nie uznaje?

Charakter tej noclegowni silnie nawiązuje do lokalnych tradycji i powiązań z Rosją. Na każdym kroku widoczne są relikty socjalizmu – przed wejściem stoi sporych rozmiarów popiersie Lenina w złocie. Można go poklepać po łysinie – i wtedy można się przekonać, że jednak wnętrze Lenina jest puste. A wracając do hostelu, wewnątrz ściany zdobią flagi i symbole przypominające przeszły, komunistyczny raj.

Poza tym, to hostel jak każdy inny. Sprawami administracyjnymi zajmuje się Francuz, który zna kilka słów po rosyjsku i niewiele więcej po angielsku. Co jakis czas otwiera szafke z napisem “private” i dolewa sobie wina.

Kolejnego dnia, po powrocie z miasta, zapytaliśmy go, co tak naprawdę Francuz robi w Naddniestrzu? Odparł, że wyjechał ze swojej ojczyzny, bo nie mógł znieść kulturowych zmian, jakie tam zachodzą, a dokładniej masowego importu muzułmanów. Od trzech lat mieszka w Naddniestrzu, bo nie chce doświadczać tego upadku.

Wśród innych gości spotkaliśmy niewidomego Anglika. Facet jeździ po świecie i był już w około 120 krajach, ma swój kanał na YouTube, pisze książki, jednym słowem kontynuuje angielskie tradycje – wszak to James Holman był pierwszym na świecie niewidomym podróżnikiem.

Oprócz tego była para z Holandii, podróżująca wynajętym samochodem. Wynajem samochodu jest wygodną opcją, można dojechać w wiele miejsc, do których normalnie nie ma dostępu. Czasem korzystam z tej opcji. Jednak samochód jest też zobowiązaniem, nieznośna smyczą, która nam ciągle o sobie przypomina. Podczas podróży wolę nie być ograniczany w ten sposób.

Tak więc, wracając do naszego hostelu, na brak klienteli “Like home” nie narzeka.

Przed przyjazdem czytałem wiele opinii o Naddniestrzu. A to, że policja wszystko widzi, a to, że jest to europejska Korea Północna itp. Jak się okazało, nie jest wcale tak zamordystycznie, nikt nas nie śledził, nie musieliśmy płacić łapówek, nie zamknęli nas w pierdlu. Byliśmy w miejscach, które można uznać za ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa zamordystycznego państwa, jak np. elektrownia, a jednak nie było żadnego problemu. Poruszaliśmy się w większej grupie, widzieliśmy policjantów, oni widzieli nas i nie zostaliśmy zatrzymani. Chociaż, kto wie, może mieliśmy szczęście?

Kolejna sprawa to płatności. Kartą można płacić, pod warunkiem, że jest to karta MIR, czy jakaś tam inna, lokalna. My takowych oczywiście nie posiadaliśmy, więc zostaliśmy jedynie z gotówką w kieszeni. Z wymianą tejże gotówki nie ma problemu, ale trzeba ją mieć. Dolary, Euro, z funtami gorzej. Warto planować szaleństwa, mając to na uwadze.

Słynne plastikowe monety to już przeżytek, nikt nimi nie placi i można dostać je jako rarytas kolekcjonerski w bankach, ksiegarniach lub po prostu z wystawy w np knajpie.

Dniestrowsk – miasto elektrowni

Głównym celem naszej wyprawy był Dniestrowsk, miasto, które leży około 40 km na południe od Tyraspola. Podróż marszrutką zajmuje około godziny, a bilety można kupić w Tyraspolu na przystanku. Przed wejściem na drzwiach znajduje się plakietka informująca o zakazie wchodzenia z bronią. Prawie jak w Stanach.

Elektrownia Mołdawska GRES. To właśnie ona zaopatruje około 300-tysięczne obecnie Naddniestrze, ale i Mołdawię. Może działać zarówno na gaz, jak i węgiel. To drugie okazało się kluczowe na początku roku, gdy Ukraina zakręciła kurek z rosyjskim gazem i zwrotnice przestawiono na węgiel, którego miało starczyć na około 60 dni. Na szczęście prąd i ciepła woda w czasie, kiedy my byliśmy, były, więc wszystko działało normalnie.

W Dniestrowsku naszym głównym celem był wyglądający na opuszczony ośrodek wypoczynkowy dla pracowników elektrowni, położony nad zalewem dniestrowskim. Podobno woda w tym zalewie, z uwagi na chemikalia, ma odcień turkusowy, jednak ciężko było to stwierdzić. Uwagę zwracają setki, a może i tysiące metalowych pali podtrzymujących prowizoryczne podesty z blachy, na których stoją setki zaimprowizowanych, plastikowych domków. Większość zamknięta na kłódki, ale widać instalacje elektryczne, anteny telewizyjne, a nawet doprowadzoną wodę. Pewnie można je wynająć w sezonie, ale pod koniec marca wszystko wyglądało na wymarłe i przygnębiające.

Chodziliśmy więc po tym altanistanie, wpatrując się w znajdującą się na przeciwległym brzegu Ukrainę. Wszystko wygląda spokojnie. Kiedy w końcu będzie można pojechać tam tak, jak kiedyś, bez stresu, bez ryzyka brania udziału w urywaniu kończyn pociskami artyleryjskimi? Kiedy będzie można zrobić grilla na dworcu w Hajworonie, chodzić na drugą stronę po “produkty”, kiedy zabraknie?

W Dniestrowsku, przy wejściu do tego specyficznego kurortu, znajduje się prawdziwa stróżówka z najprawdziwszym strażnikiem. Nie wiem, czego ten pilnuje, bo kompletnie nie zwrócił na nas uwagi, kiedy przechodziliśmy przez bramę. Może potrzebował trochę czasu, żeby dojść do siebie po tym, jak zobaczył tam zagranicznych turystów?

Na zakończenie naszej kurtuazyjnej wizyty, kilka zdjęć przy wielkim betonowym pomniku z logo elektrowni. Nikt nas nie zatrzymał, policji nie widzieliśmy. A może KGB znało nas, zanim przyjechaliśmy?

Podróż i lokalne “prawa rynku”

Podróż z Tyraspola do Dniestrowska zajmuje około godzinę i kosztuje 30 naddniestrzańskich rubli. W drodze powrotnej postanowiliśmy kupić bilety w kasie i wsiąść do marszrutki “jak ludzie”. Jednak kasjerki i kierowca poinformowali nas, że lepiej przejść 50 metrów dalej – tam autobus się zatrzyma, nie dość, że nas zabierze, to jeszcze zapłacimy mniej. Kuszące to było, więc postanowilismy skorzystać.

Wszystko działo się na oczach lokalnej milicji, ale najwyraźniej rynek rządzi się tu własnymi prawami. Milicjant dostanie swoją dole, swoje weźmie kierowca i kasjerki. Wszystko dziala

Tyraspol

Chyba jedną z głównych atrakcji jest Pomnik Chwały Wojennej z czołgiem T-34 z napisem “Za Rodinu” na cokole. Na placu pochowani są żołnierze polegli podczas jakiejś walki o wyzwolenie tamtejszych okolic. Nie wiedzieliśmy o tym a toalety w pobliżu nie było.. Czołg trzeba przyznać fajny, ciekawe czy da się go uruchomić. Na Węgrzech udało się odpalić czołg z pomnika po 60 latach. Ale do tego potrzeba odpowiednich umiejętności, najlepiej weterana.

Kulinaria

Kuchnia nie odbiega specjalnie od tego, co można znaleźć w innych postsowieckich krajach. Są restauracje (stołowaja), sieciówka “Back in USSR”, gdzie, oprócz innych rzeczy, można zjeść sowieckiego burgera. Jako że rzucaliśmy się w oczy, zostaliśmy zagadnięci przez dwóch starszych jegomości, z których jeden powiedział, że był kiedyś z wojskiem w Polsce. Nie wyglądał na mocno starego, więc raczej musiało to być za komuny. Ten drugi spojrzał na nas obelżywie i wygarnął, że nasz kraj nie okazuje wdzięczności Rosji za wyzwolenie od Niemców w czasie wojny. Nie wchodziliśmy w dyskusje o pakcie Ribbentrop-Mołotow, gwałtach czy o tym, że żyliśmy w komuszej budzie przez prawie 50 lat, a dawni komuniści czy ich potomkowie dalej mają realny wpływ na to, co się u nas dzieje. Bo i po co?

Wracając do kulinariów, jest pilaw, czeburaki, pielmieni. Plus knajpy z pizzą i sushi. Dla każdego coś dobrego.

Restauracja, którą warto odwiedzić, zwłaszcza ze względu na charakterystyczny, radziecki klimat, jest “Stolovka CCCP”. Mieści się w piwnicy wypełnionej setkami reliktów z epoki. Są popiersia Stalina, Lenina, gobeliny z nazwami organizacji komunistycznych, zdjęcia przywódców, jest nawet metalowa replika czołgu. Mają tam całkiem dobre jedzenie, natomiast ceny nie należą do najniższych. No i, tak samo jak wszędzie indziej, nie można płacić kartą.

Co do napojów, lokalne piwo nie zachwyca. Nie wiem, na ile ta informacja jest jeszcze aktualna, ale podobno jest ono dobre od poniedziałku do środy, my byliśmy od czwartku do soboty. Jest sporo piwa sprzedawanego w siermiężnych, 2 lub prawie 2,5-litrowych plastikowych butelkach. Jest to, trzeba przyznać, dość praktyczne. Podobne widziałem w Czechach.

No i Kvint, lokalny koniak, który jest swoistym symbolem Naddniestrza. Jako nieistniejący kraj, Naddniestrze nie może go eksportować, więc jest transportowany do Mołdawii, gdzie nakleja się mołdawskie znaki akcyzy i eksportuje w świat, gdzie cena skacze kilkadziesiąt razy. Można go również kupić na lotnisku w Kiszyniowie za około 10 euro, co – mimo że znacznie drożej niż w Tyraspolu – wciąż jest atrakcyjnie. Biznes i lokalne koneksje nie kierują się patriotycznymi hasłami, to jest dobre na czas wyborów. Takich połączeń biznesowo-korupcyjno-politycznych jest w Naddniestrzu znacznie więcej. I to jest też powodem, dla którego nikomu nie zależy specjalnie, żeby włączyć Naddniestrze do Mołdawii. Ani Mołdawianom, ani nawet Rosja nie garnie się specjalnie, żeby wciągnąć go jako swój odległy przyczółek.

Wietnam, listopad 2024

  1. 2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
    1. Sajgon (Ho Chi Minh)
    2. Can Tho
    3. Da Nang
    4. Ba Na hills
    5. Marble hills
    6. Hanoi
      1. Wrak B-52 w jeziorze
      2. Train Street
    7. Cat Ba I Zatoka Ha Long
  2. 3. Logistyka
  3. 4. Noclegi
  4. 5. Kuchnia i napoje
    1. Dziwne przysmaki
    2. Kawa w Wietnamie
    3. Piwo, wino i inne
    4. Różnice między Sajgonem a Hanoi
  5. 6. Porady praktyczne
  6. 7. Podsumowanie

Nie byliśmy jeszcze tak daleko w Azji – wcześniej odwiedziliśmy tylko dawne republiki radzieckie, jak Kirgistan, Kazachstan czy Azerbejdżan. Wietnam wydawał się interesującym kierunkiem, zwłaszcza po tym, jak słyszeliśmy, że kraj ten potrafi zaskoczyć i może równać się z Japonią pod względem atrakcyjności.

Bilety kupiliśmy 8 miesięcy wcześniej, wybierając opcję multicity – lot do Sajgonu i powrót z Hanoi. Dzięki temu mogliśmy zwiedzić Wietnam od południa do północy, unikając powrotu tą samą trasą.

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Sajgon – Cat Ba – Sajgon – Da Nang – Hanoi -Cat Ba – Hanoi – Ninh Binh – Sajgon

Sajgon (Ho Chi Minh)

Spędziliśmy tu pierwszy dzień po przylocie wieczorem a także następny. Adrenalina nie Pozwoliła tak po prostu pójść spać i musieliśmy wychodzić swoje po mieście.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to zgiełk i tysięce skuterów jadących bez względu na jakąkolwiek sygnalizację uliczną, co sprawia, że przejście przez ulicę może być nie lada wyzwaniem. Teoretycznie, żeby przejść na drugą stronę ulicy, nie wolno się zatrzymywać ani cofać – kierowcy skuterów obliczają drogę i dopasowują tor jazdy tak, aby uniknąć kolizji. W praktyce jest to bardziej skomplikowane, przejście przez jezdnię przypomina walkę o przeżycie.

Skutery w Sajgonie I ogolnie w Wietnamie to nie tylko indywidualny środek transportu, lecz można je zamówić je jako taksówkę poprzez aplikację. Za ich pomocą przewożone są także różne, czasem najbardziej dziwaczne towary, czy zwierzęta. Widzieliśmy jak ktoś przewoził skuterem lodówkę, czy półtorametrową choinkę.

Oprócz tego, tętniące życiem ulice pełne sprzedawców różnorakiej tandety, setki rowerowych budek z jedzeniem, maleńkie knajpki z mikro siedzeniami i stolikami, uliczni golibrodzi męsko damscy, oraz spece od wszelkiej maści elektroniki, uzbrojeni w młotki i sekatory. Można by wymieniać bez końca.

Can Tho

Can Tho to czwarte pod względem wielkości miasto Wietnamu, położone w delcie Mekongu. Jest stolicą prowincji Can Tho i ważnym centrum handlowym oraz transportowym regionu. Miasto jest znane z pływających targów, szczególnie Cai Rang, oraz kanałów, które stanowią główny sposób transportu w tym obszarze. W Can Tho znajduje się również kilka zabytków, jak pagody i mosty, a także University of Can Tho, jedna z większych uczelni w regionie. To popularne miejsce turystyczne, zwłaszcza dla osób odwiedzających deltę Mekongu.

Da Nang

Da Nang sprawia wrażenie miejsca mocno turystycznego w bardziej europejskim sensie, z pięknymi plażami i ogromnymi hotelami. To jednak tylko pozory, bowiem wystarczy przejść się trochę dalej ulicami, żeby przekonać się, że tak naprawdę to wciąż Wietnam, gdzie kwitnie uliczne życie i większość rzeczy to piękna prowizorka.

Ba Na hills

Jednym z miejsc, które warto odwiedzić, jest Ba Na Hills i Golden Bridge. Zamiast podróżować we własnym zakresie, zdecydowaliśmy się na kupno jednodniowej wycieczki. Niestety, pogoda wypięła się na nas okrutnie tym razem. Już, kiedy jechaliśmy na górę kolejką linową, widoczność wynosiła jakieś 20 metrów i na takim poziomie utrzymywała się przez cały dzień. Dodatkowo, co jakiś czas padał naprawdę porządny, z silą wodospadu deszcz.

Także, planując zwiedzanie Da Nang i okolic, koniecznie trzeba wziąć pod uwagę aktualne warunki pogodowe (panuje tu bowiem pora deszczowa – całkowicie odmiennie, niż na północy kraju, gdzie średnia temperatura to ok. 29-30 stopni i całodzienne słońce). Inaczej zamiast slynnych rąk podpierających most zobaczymy nędzne kikuty skąpane w paskudnej mgle.

Marble hills

Miejsce to wybraliśmy do zwiedzenia na ostatni dzień naszego pobytu w Da Nang. Powodem był czas, który nam pozostal do odjazdu pociągu -miejsce to jest oddalone o około 30 minut drogi od miasta a zwiedzenie zajmuje około 2-30 godziny. Jeżeli jednak w zapasie jest trochę wiecej czasu, warto pomyśleć o zwiedzeniu Hội An. to historyczne miasto w środkowym Wietnamie, znane z dobrze zachowanego starego miasta, wpisanego na listę UNESCO. Słynie z kolonialnej architektury, japońskiego mostu oraz pięknych plaż. Jest popularnym miejscem do zakupów, zwłaszcza ręcznie szytych ubrań.

Hanoi

Skutery i motorynki w ogromnej liczbie, hałas, chaos, brak zasad. Chyba tylko Budda kieruje tym ruchem bo nam w żaden sposób nie udało się doświadczyć zrozumienia reguł rządzących tym szaleństwem. Nawet zielone światło nie gwarantuje bezpiecznego przejścia przez ulicę. Po kilku minutach spaceru w takich warunkach stan osoby której udało się kilka razy przejść na drugą stronę ulicy można porównać do agonii.

Miejsca warte odwiedzenia:

Wrak B-52 w jeziorze

Wrak zestrzelonej podczas wojny superfortecy B-52w jednym z jezior to niezwykłe świadectwo historii. Warto zajrzeć także do pobliskiej knajpki o nazwie „B-52”. Co ciekawe, w pokoiku obok toalety wiszą archiwalne zdjęcia z przechwycenia załogi – rzecz warta uwagi, bo niewiele na ten temat można znaleźć w internecie (szczególnie losy załogi samolotu, bo 47 nie zrzuconych bomb zostało wyciągnięte z wraku i zapewne odpowiednio użyte).

Train Street

Słynna Train Street w Hanoi to wąska uliczka w dzielnicy Old Quarter, przez którą regularnie przejeżdżają pociągi, dosłownie kilka centymetrów od budynków i mieszkań. Uliczka stała się popularną atrakcją turystyczną, dzięki niepowtarzalnej atmosferze – tory biegną między domami.

Turystów przyciągają także liczne kawiarnie i bary, skąd można w pewnym sensie bezpiecznie obserwować przejeżdżające pociągi.

Jednym z punktów naszej wyprawy było właśnie obserwowanie owego pociągu. Dostęp do uliczki jest jednak ograniczany ze względów bezpieczeństwa i policja zablokowała wejście na ok. 10 minut przed przejazdem pociągu. Jednak rynek rządzi się swoimi prawami i zostaliśmy poinformowani przez lokalnego „naganiacza”, że jeżeli pójdziemy za nim „sekretnym przejściem” do restauracji i jeśli każda osoba z naszej grupy kupi tam drinka, to będziemy mogli wejść i obserwować przejazd. Z ochotą spełniliśmy te dwa warunki, zwłaszcza ten drugi. Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa ale cieszyliśmy się efektem. Zostaliśmy wpuszczeni i po jakichs pięciu minutach kazano nam się ustawić wzdłuż ściany – perfidnie przodem do pociągu:). I nie był to bynajmniej pociąg towarowy tylko normalny, pasażerski, z oknami. Niektórzy mieli więcej szczęścia i stanęli we wnęce (większy odstęp od pociągu). My, razem z grupą innych turystów, byliśmy jakieś 20 cm od przejeżdżającego potwora. Chciałem coś powiedzieć, że też chcemy do wnęki, zaprotestować ale było za późno. Kazano się nie ruszać. Miałem duże obawy – jak się okazało, uzasadnione. Robiłem różne dziwne rzeczy i już wiem, że tej akurat nie chcę powtarzać. Pociąg zbliżał się powoli. Wredny maszynista pewnie specjalnie zwolnił dla wzbudzenia respektu. Widziałem przerażenie na twarzach turystów, gdy pociąg przejeżdżał dosłownie na wyciągnięcie palca… Powoli, najpierw lokomotywa, następnie wagon za wagonem, okno za oknem. Usłużna wyobraźnia w takich sytuacjach zaczyna podsuwać różne miłe scenariusze zakończenia tak pięknego popołudnia. Po tym wszystkim delirium miałem na poziomie mistrzowskim, mógłbym wygrać w konkursie na najbardziej roztrzęsione ręce – nie ja jeden. Na szczęście zapłaciłem i dopilem swoje piwo wcześniej.

Filmy na YouTube, gdzie turyści siedzą przy stolikach i piją kawę, to naprawdę nic w porównaniu z tym, czego my doświadczyliśmy!

Następnego dnia również obserwowaliśmy przejazd pociągu, jednak z bardziej bezpiecznej perspektywy, a mianowicie z góry – na balkonie w restauracji, z pucharem w dłoni prowadząc ciekawe towarzyskie rozmowy i dzieląc się wzajemnie siecią WiFi. W końcu zasłużyliśmy.

Cat Ba I Zatoka Ha Long

Zatoka Ha Long to jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Wietnamie, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Znajduje się na północy kraju, w pobliżu miasta Hai Phong. Zatoka słynie z tysiąca wapiennych wysp i skał, które wystają z turkusowych wód, tworząc spektakularny krajobraz. Wiele z wysp jest niezamieszkałych, a niektóre posiadają jaskinie, które można zwiedzać. Zatoka jest popularnym celem turystycznym, oferującym rejsy statkami, kajakarstwo, wspinaczkę oraz możliwość odkrywania tradycyjnych wiosek rybackich. To miejsce idealne do relaksu i kontaktu z naturą.
Jako naszą lokalizację wybraliśmy wyspę Cat Ba, a dokładniej południową jej część, gdzie jest wieksza baza turystyczna.
Na pierwszy rzut oka widać, że miejsce to ma ogromny potencjał i nie zostało jeszcze zapaskudzone komercją – chociaż widać, że trwają prace w tym kierunku. Być może, za kilka lat będzie tu pełno koszmarnych wieżowców hotelowych, restauracji z angielskimi śniadaniami, fish and chips czy inną patokuchnią. Na szczęście na razie wszystko żyje swoim życiem i wygląda autentycznie. W Cat Ba spędziliśmy 3 noce.
Aby zwiedzić zatokę Ha Long, zdecydowaliśmy się wykupić jednodniową wycieczkę statkiem. Cena, obejmująca lunch to 750000 vnd za osobę, czyli około 120 zlotych. W tej cenie były dwie wycieczki kajakami po zatoce i znajdujących się tam jaskiniach.

Dodatkowo na łodzi znajduje się jacuzzi i elegancka toaleta, jednak bez papieru toaletowego:)

Wszystko w palącym slońcu i temperaturze 30-33 stopnie. Jak na listopad to całkiem nieźle, zwłaszcza, że w Polsce w tym czasie było już poniżej zera!

3. Logistyka

pociągi – autobusy – taksówki

Sajgon <–> Can Tho: Autobus z miejscami lezacymi (https://futabus.vn/)

Sajgon – Da Nang: Nocny pociąg (https://dsvn.vn). Niestety, nie udało nam się zamówić biletów online. Można próbować w kasie przed odjazdem lub skorzystać z wietnamskich stron internetowych oferujących pośrednictwo w kupnie biletów, jednak w przypadku grupy np. 4-osobowej, nie dają gwarancji, że miejsca będą w tym samym przedziale (chociaż jest bardzo duża szansa). Można też skorzystać z pomocy kogoś, kto ma rodzinę w Wietnamie, lub popytać w biurach podróży, żeby kupili bilet wykorzystując swoje kanały (z tej opcji my skorzystaliśmy). Podróż trwa ok. 18 godzin i zaczyna się ok. 19:30. W naszym przypadku pociąg był wypełniony może w 60-70 procentach, więc szanse na kupno biletu w kasie są raczej duże, poza tym dziennie jest kilka połączeń.

Da Nang – Hanoi: Jak wyżej, również nocny pociąg sypialny, choć podróż trwa nieco krócej, bo 16 godzin. Warto zwrócić uwagę, że obie trasy są uważane za jedne z najpiękniejszych szlaków kolejowych na świecie. Dodatkowo, tuż przed dojazdem do Hanoi, pociąg przejeżdża przez jedną z wąskich uliczek, gdzie od budynków dzieli mniej niż 1 metr. Jest to więc dodatkowa okazja zobaczenia “train street” z perspektywy pasażera pociągu. Koniecznie trzeba otworzyć okno, jednak z wychylaniem się radzę uważać.

Trasę pólnoc-południe można pokonać oczywiście drogą lotniczą, jednak w tym przypadku a).tracimy przypuszczalnie więcej niż pół dnia na lot, dojazd i pobyt na lotnisku b). zostajemy pozbawieni całego spektrum wrażeń i obcowania z pięknem krajobrazów ktore oferuje podroż drogą lądową. Wybierając jazdę pociągiem, większość podróży odbywa się nocą, wiec można odpocząć a rano udać się na śniadanie do wagonu restauracyjnego i podziwiać przewijające się widoki za oknem. Sam pociąg nie jest może super nowoczesny (co jeszcze bardziej dodaje uroku), ale komfortowy i czysty, a na stolikach nawet stoją jakieś kwiaty. Do tego bardzo klimatyczny wagon barowy…

Tak więc podróż odbywała się w znakomitych, najwyższej klasy warunkach. W nocy kołysal nas psychodeliczny stukot kół i lekkie kołysanie całego wehikulu szynowego. Niestety, podczas pierwszej podróży, do Da Nang, około 7 rano zostaliśmy brutalnie wyrwani z tej kolejowej nirwany charczącymi komunikatami przerywanymi wietnamską muzyką. Nie dość, że nie rozumieliśmy o co w tej kakofonii chodzi, to na dodatek nie dało się tego wyłączyć z przedziału. Okazało się, że kill switch znajduje się na zewnątrz. To ważna informacja dla przyszłych podróżnych, bo warto zawczasu pomyśleć o deaktywacji tego ustrojstwa.

Hanoi – Cat Ba: Tu sprawa była bardziej skomplikowana, jako że nie udało nam się znaleźć bezpośredniego połączenia, tzn. rezerwacja biletu online była możliwa, ale autobus zatrzymywał się w określonych miejscach, których nie znaliśmy. Zdecydowaliśmy się kupić bilety w kasie na dworcu głównym wHanoi.
Niestety, na miejscu okazało się, że takiego autobusu nie ma w rozkładzie. Jedyną sensowną opcją była podróż do Hajfongu, a stamtąd do terminala promowego i dalej promem na wyspę. Na mapie wszystko wyglądało całkiem prosto, jednak w rzeczywistości odległości były znacznie większe, niż się spodziewaliśmy. Droga do samego Hajfongu zajęła około dwóch godzin.

W Hajfongu udało nam się znaleźć lokalny autobus, który teoretycznie miał nas dowieźć do miejsca, skąd odpływały promy. Autobus zatrzymywał się dosłownie na każdym skrzyżowaniu, czasem tylko po to, by odebrać paczkę, którą kierowca przewoził na inne skrzyżowanie na ktorym czekała osoba, ktora dalej odbierała przesyłkę. Wkrótce pojazd wypełnił się do granic możliwości lokalnymi pasażerami, a dodatkowo, przypadkowo oddaliśmy jeden z plecaków do bagażnika z tyłu – ten sam, w którym znajdował się paszport. Każdy dźwięk otwieranego bagażnika przyprawiał nas o palpitacje serca.

Po około 90 minutach takiej podróży autobus nagle skręcił w nieoczekiwanym kierunku. Zrobiło się nieciekawie, bo robiło się ciemno, a my brnęliśmy przez bezludne tereny. Na szczęście ostatni przystanek okazał się być miejscem, skąd odpływały promy. Później udało nam się złapać autobus, który zawiózł nas bezpośrednio do hotelu (kolejne 40 minut).

O ile sam pomysł spędzenia czasu na wyspie Cat Ba i zwiedzanie zatoki Ha Long jest bezsprzeczny, to z perspektywy czasu wydaje się, że warto poświęcić trochę więcej czasu na organizację podróży lub odwiedzić lokalne biura turystyczne w Hanoi, aby zarezerwować bezpośredni bilet na Cat Ba.

Cat Ba – Hanoi: Tu nie było niespodzianek, bo już na wyspie zamówiliśmy autobus, który bezpośrednio zawiózł nas do Hanoi pod wskazany adres (wliczając przeprawę promem).

Taksówki

Uber podobno działa, ale nie udało mi się nic zamówić, bo pojawiał się jakiś dziwny błąd. Zamiast tego, w Wietnamie wszystkie taksówki można bardzo szybko i sprawnie zamówić, korzystając z aplikacji “Grab”. Dlatego jest to jedna z rzeczy, którą warto mieć w telefonie jadąc do Wietnamu. W przypadku tej aplikacji zamawiamy kurs i płacimy gotówką kierowcy po wykonaniu przejazdu.

4. Noclegi

Wszystkie noclegi zamawialiśmy za pośrednictwem booking.com. Raz pojawił się problem ze znalezieniem wybranego miejsca, jednak tubylcy okazali się pomocni w tym przypadku.


5. Kuchnia i napoje

Kuchnia w Sajgonie, podobnie jak w całym Wietnamie, opiera się głównie na street foodzie. Niektórych mogą odstraszać dość prymitywne warunki, w jakich serwowane jest jedzenie, ale z naszego doświadczenia wynika, że jest ono bezpieczne. Jest to niesamowity i niepowtarzalny klimat, którego będąc w Wietnamie po prostu trzeba doświadczyć. To nie tylko samo jedzenie ale upajająca mieszanina kolorów, ulicznych dźwięków, obrazów które łączą się w jedno na naszym talerzu w jedno wspaniałe doświadczenie! Widzieliśmy wielu zagranicznych turystów korzystających z ulicznych knajp i nie mieliśmy żadnych oporów, żeby skorzystać z tej opcji. Jedzenie jest naprawdę jedyne w swoim rodzaju i ta wysoka jakość utrzymuje się w całym kraju.

Mowa oczywiście o małych ulicznych restauracyjkach przypominających nasze bary, gdzie można usiąść i zjeść. Jedzenie z ulicznych budek próbowaliśmy zaledwie kilka razy, ograniczając się do dań serwowanych na gorąco. Ceny są bardzo przystępne – dwudaniowy obiad można zjeść za około 100 000–200 000 dongów, czyli maksymalnie 32 złote.

Dziwne przysmaki


No dobra, teraz czas na kulinarne “dziwadła”. Na liście „zaliczone, niekoniecznie do powtórki” znalazły się: pieczony skorpion i coś, co przypominało szarańczę. Mało mięsa, brak jakiegokolwiek smaku – odhaczone.

Z kolei już pierwszego dnia zauważyłem w menu zupę z balutem. Balut to nic innego jak jajko z ugotowanym, częściowo rozwiniętym zarodkiem ptaka. Ominąłem tę pozycję szerokim łukiem – kiedyś miałem „przyjemność” i wiedziałem, że to nie moje klimaty. Paskudztwo.

Podobnie ciastko z kremem z duriana – smak niczego sobie, przynajmniej na początku, trochę kojarzy się z jakimś gazem(?) no i ten smród. Smród to jednak smród.

Kolejnym dziwnym przysmakiem, który próbowaliśmy, trochę przypadkowo, bo było podane jako przystawka przed właściwym daniem, była fermentowana wieprzowina. Zapakowana w jakieś fabryczne opakowanie, wzbudzała zaufanie, więc spróbowaliśmy. Dość ciekawy smak, nieprzypominający za bardzo wieprzowiny, dało się to zjeść.

Za to pierwszy raz spróbowałem żaby – i tu zaskoczenie, bo była naprawdę świetna! Nie wiem, jaki to był gatunek, ale te żaby, które widzieliśmy w akwarium przeznaczone do późniejszego spożycia, były bardzo, bardzo agresywne.

Kawa w Wietnamie

Wietnam to kawowy gigant, głównie dzięki produkcji robusty, która smakuje inaczej niż nasza klasyczna arabika. Polecam spróbować kawy na zimno z lodem – orzeźwiająca i mocna, choć na początku mieliśmy obawy, czy lód nie skończy się „przygodą”. Na szczęście w porządnych restauracjach czy hotelach nie było problemów.

Ciekawostką jest też możliwość spróbowania kawy luwak – proces technologiczny produkcji tej kawy jest dość specyficzny. Droga, kontrowersyjna, ale będąc w Wietnamie, warto spróbować choć raz, zwłaszcza że w Europie jest praktycznie niedostępna. Jedno słowo – odhaczone. Do domu zaopatrzyłem się w 150 gramów ziaren tej kawy.

Piwo, wino i inne

Piwo jest głównie w puszkach i małych butelkach (0,33 l), ale jakość jest całkiem przyzwoita. Trafiliśmy nawet na kraftowe piwa i „czeski lager”. Piwo lane to rzadkość, ale jak już się trafi, też w porcji 0,33 l – chyba lubią małe dawki.

Z winem jest gorzej. Wietnamczycy produkują własne trunki, ale nasze spotkania z lokalnymi winami nie były zbyt udane. Ciekawostką było Vietnamese apple wine – zamówiliśmy, spodziewając się normalnego wina, a dostaliśmy butelkę czegoś, co lekko przypominało rakiję. Ale nie narzekamy – smakowało, choć nie tak, jak się spodziewaliśmy. 😊

Różnice między Sajgonem a Hanoi

Jeśli chodzi o jedzenie, widać różnice. W Sajgonie można odnieść wrażenie, że im dziwniej, tym lepiej – to jednak moja subiektywna obserwacja. Ogólnie, Sajgon bardziej przypadł nam dogustu niż Hanoi.


6. Porady praktyczne

Komary. My mieliśmy szczęście i, poza paroma przypadkami, nie trafiliśmy na miejsca, gdzie były te natręty – być może dlatego, że w tym czasie nie ma ich zbyt wiele. Warto jednak być świadomym tego problemu i wziąć ze sobą dobre środki przeciwko moskitom. Jest to problem zwłaszcza w poludniowej części kraju.

Tabletki do uzdatniania wody. Picie nieprzegotowanej wody z kranu nie jest zalecane i może w najlepszym wypadku przedlużyć wizyty w toalecie, co dla niektórych samo w sobie może być traumatycznym przeżyciem.

Nie zgadzaj się na pierwszą proponowaną cene, targuj się!

Język. To nie jest zdecydowanie miejsce, gdzie można popisać się swoim pięknym angielskim. Po prostu malo kto mówi po angielsku, a jeśli już, to slabo. W ogóle mam wrażenie, że wiedza na temat Europy jest slaba – “czy Polska jest Azji?”, albo raz, gdy próbowano do nas mówić po niemiecku. Google translator jest pomocny, jednak trzeba podchodzić do niego ostrożnie, gdyż często daje nietrafione i kompletnie bezsensowne tłumaczenia.


7. Podsumowanie

Wietnam wciąga jak wir, łącząc niezliczone smaki, zapachy, dźwięki i kolory w jeden niepowtarzalny, zmysłowy świat. To świat piękny i nie skażony jeszcze zachodnią cywilizacją i komercją. Zdecydowanie warto tego doświadczyć.

Czarnogóra, lipiec 2024

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Budva – zatoka kotorska – Bar

Budva

Będzie nie po kolei, trochę inaczej niż zwykle.

W Czarnogórze są dwa międzynarodowe lotniska: Tivat i Podgorica. My wybraliśmy Podgoricę, bo oferuje więcej lotów i lepsze dla nas czasy startów. Wylądowaliśmy po godz. 23 i już na etapie planowania wiedzieliśmy, że do Budvy o tej porze nie dojedziemy autobusem. Pozostawała zatem tylko taksówka za około 60 euro. W rzeczywistości wyszło 90, bo policzyli taryfę nocną. Na dowód, że nas nie próbują okantować, pokazali nam cennik. Ok. Uber nie działał. Alternatywą był pobyt w hotelu i strata około dwóch godzin rano na dojazd do Budvy – plus koszty hotelu. Wyszłoby zatem podobnie, więc zdecydowaliśmy się jednak na dojazd w nocy taksówką i pobudkę rano już w Budvie. Swoją drogą, jak się później – podczas powrotu okazało, lotnisko w Podgoricy to lekki skansen. Żeby się tam dostać z Podgoricy, można wziąć taksówkę albo – bardzo klimatyczny, jadący na południe pociąg. Sęk w tym, że ten pociąg jeździ co około 3 godziny. Taksówkarze chcieli 15 euro za podwózkę, ale nie przystąpiliśmy do negocjacji, bo akurat trafiliśmy na odpowiedni slot i mieliśmy pociąg za godzinę. Dworzec retro, w okolicy można kupić jedzenie, jak również piwo. Wagony pomalowane sprajem, więc trochę nas zmyliło, bo myśleliśmy, że to jakiś złom, wycofany z użytku noclegowni dla bezdomnych. Jednak o wyznaczonej godzinie ruszyliśmy. Przystanek aeroport równie klimatyczny, ot kilka kawałków betonu z namalowanym ręcznie cyrylicą napisem “aeroport”, w sumie można go pomylić z wychodkiem albo z przystankiem autobusowym z dawnych czasów, bardzo dawnych. Poza tym napis aeroport jest mylący, bo trzeba iść około 2 km do samego lotniska. To jednak szczegóły…

Ale ok, Budva

Mocno turystyczne miejsce, fajne plaże.

Kotor i Zatoka Kotorska – Perła Czarnogóry

Kotor to jedno z najbardziej malowniczych miast Czarnogóry, położone nad Zatoką Kotorską, która często bywa nazywana „fiordem południowej Europy” (choć technicznie jest to zalany doliną rzeki krasowej). Otoczony stromymi górami i lazurową wodą, Kotor zachwyca swoją średniowieczną architekturą, wąskimi uliczkami i imponującymi murami obronnymi, które wznoszą się wysoko nad miastem.

Stare bazy jugosłowiańskie dla łodzi podwodnych

Jednym z mniej znanych, ale niezwykle interesujących elementów Zatoki Kotorskiej są stare, opuszczone bazy dla jugosłowiańskich łodzi podwodnych. Ukryte w skalistych zatoczkach, te tajne konstrukcje miały chronić okręty przed atakami i umożliwiać ich szybkie wypłynięcie na otwarte morze. Można je znaleźć m.in. w pobliżu Risan i na półwyspie Luštica. Dziś są one popularnym celem dla miłośników eksploracji i nurków.

Wejście na górę – Twierdza św. Jana i schody

Jednym z największych wyzwań (i atrakcji!) w Kotorze jest wspinaczka do twierdzy św. Jana, która góruje nad miastem. Szlak prowadzi przez ponad 1350 stromych kamiennych schodów, które wiją się wzdłuż murów obronnych. Po drodze można podziwiać ruiny dawnych budowli oraz małą cerkiew Matki Bożej od Zdrowia. Nagrodą za wysiłek jest zapierający dech w piersiach widok na miasto i całą Zatokę Kotorską – szczególnie piękny o zachodzie słońca.

Inne najciekawsze miasta w Zatoce Kotorskiej

  • Perast – Małe, ale niezwykle urokliwe miasteczko, znane z barokowej architektury i wysepek Gospa od Škrpjela (Matki Boskiej na Skale) oraz Świętego Jerzego. To spokojniejsze miejsce niż Kotor, idealne na relaks i podziwianie widoków.
  • Tivat – Bardziej nowoczesne miasto, znane głównie z luksusowej mariny Porto Montenegro, gdzie cumują jedne z najbardziej ekskluzywnych jachtów na świecie. Znajduje się tu również lotnisko, co czyni Tivát ważnym punktem komunikacyjnym.
  • Herceg Novi – Położone bliżej wejścia do Zatoki Kotorskiej, znane z twierdz, licznych schodów i pięknej promenady wzdłuż morza. To miasto o bogatej historii i wpływach zarówno weneckich, jak i osmańskich.
  • Risan – Najstarsze miasto w zatoce, znane z rzymskich mozaik przedstawiających boga snu – Hypnosa. Jest to spokojniejsze miejsce, idealne dla miłośników historii.

Zatoka Kotorska to niezwykłe miejsce, w którym można znaleźć zarówno historyczne zabytki, jak i niesamowitą przyrodę, tajemnicze pozostałości z czasów Jugosławii oraz niesamowite widoki, które zapadają w pamięć na całe życie.

Klimatyczny powrot na lotnisko

Z Budvy do Podgoricy wróciliśmy autobusem. Jak się okazało, nie ma żadnego regularnego połączenia na lotnisko – jedyną opcją jest taksówka za 15 euro. Szybko sprawdziłem, że jest tam dworzec kolejowy. Okazało się, że pociąg przejeżdżający przez stację “aeroport” jeździ co około 3 godziny. Mieliśmy szczęście, bo następny był za około godzinę. Skład, który stał na peronie w moim mniemaniu miał jechać na złom i w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby wsiąść do środka – no chyba żeby robić jakieś eksploracje. Jak się jednak okazało, był to pociąg, który jechał na południe – ten sam, który miał nas dowieźć na lotnisko.

Sama stacja “aeroport” to też trochę na wyrost – betonowy przystanek w starym, komunistycznym stylu bez żadnych udogodnień. Stamtąd około 2 km pieszo na samo lotnisko.

Kirgistan, wrzesień 2023

  1. 2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
    1. Sary Tasz
    2. Bałykczy
      1. Kanion konorczek
  2. Tokmok
  3. Osh
  4. 3. Logistyka
  5. 4. Noclegi
  6. 5. Kuchnia i napoje
  7. 6. Porady praktyczne
  8. 7. Podsumowanie

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Biszkek – Osz – Sary Tasz – Osz – Biszkek – Balykczy – Tokmok – Biszkek

Sary Tasz

Po przylocie do Biszkeku udaliśmy się samolotem do Osz. Wysłużony, 30-letni BAe 146 pokonał tę trasę w ok. 40 minut. Z okna widok na góry, właściwie same góry. Nasz pierwszy, krótki postój w Osz wykorzystaliśmy gastronomicznie oraz do krótkiego spaceru po jednym z największych bazarów w Azji.

Następnie złowiliśmy, za dość przyzwoitą cenę, lokalną taksówkę. Marszrutki i autobusy nie mają jakichś rozkładów jazdy, a reguła jest taka, że trzeba poczekać, aż pojazd zostanie zapełniony do końca, co w naszym przypadku zajęło ponad godzinę.

Podróż do Sary Tasz zajęła około 3 godzin (180 km).

Wioska Sary Tasz położona jest na wysokości około 3700 m n.p.m. Na całym terenie obecne są jedynie niskie, wiejskie zabudowania. Trudno też mówić o jakiejś cywilizacji, czas tu się zatrzymał na oko około 50 lat temu. Rzuca się w oczy powszechna improwizacja, prowizorka; wciąż jeżdżące rezultaty radzieckiej myśli motoryzacyjnej, budynki ze sklejki z namalowanymi farbą i przyczepionymi za pomocą kawałka drutu reklamami. Oprócz tego typowo wiejskie klimaty: krowy, stosy obornika. Jest zdecydowanie chlodniej. Do tego wszystkiego biegające wesoło dzieci. Mimo to hostel jest całkiem przyzwoity, wyposażony we wszystkie udogodnienia kanalizacyjne i elektroniczne.

Przy wjeździe do wioski uwagę zwracają dwie drogi, z których jedna prowadzi do odległych o około 70 km Chin. Niesamowite wrażenie robi widoczna w oddali panorama Pamiru.

Pobudka na drugi dzień z przeszywającym bólem głowy. Spodziewałem się tego bólu, ale nie w takim stopniu. 3700 metrów n.p.m. robi swoje…

Bałykczy

Bałykczy, czyli po kirgisku rybak. To bardzo specyficzne, leżące nad jeziorem Issyk-Kuł miasto. Za radzieckiego ładu to miejsce mocno związane było z przemysłem rybnym oraz budową łodzi i kutrów rybackich. Po upadku ZSRR wielkie kombinaty przetwórstwa rybnego stały się niepotrzebne, spora część ludzi uciekła za pracą do Rosji i innych krajów. W końcu to oni dostarczają około 50% produktu narodowego Kirgistanu. Czas się zatrzymał… I wtedy między unieruchomionymi wskazówkami zegara pojawiliśmy się my.

Do Bałykczy dotarliśmy z Biszkeku po pokonaniu około 180 km marszrutką. Bus załadowany pod korek, na dworze gorąco a w środku każda próba otworzenia okna torpedowana przez lokalsów. Lekkie oszołomienie po przebytym porannym locie z Osz i ponownym zderzeniem się z lokalnym bałaganem. Gorąco. Cholera, dlaczego oni tak lubią trzymać to ciepło wewnątrz?

I tak minęła podróż bogato urozmaicana obrazkami za oknem.

Po przyjeździe do Bałykczy ujrzeliśmy krajobraz, jaki z pewnością mógłby być rezultatem zrzucenia jakiejś bomby, po której teoretycznie nie powinien pozostać kamień na kamieniu. Są gruzy, jednak po pewnym czasie, kiedy oko przyzwyczai się do tego widoku, zaobserwować można, że mimo skali zniszczenia nieśmiało pojawia się nowe życie. Miejscowość położona jest nad wielkim jeziorem Issyk-Kuł, które kiedyś było pewnie pięknym kurortem. Pozostała plaża, molo (w dość dobrym stanie) i jakieś zardzewiałe szkielety niewiadomego przeznaczenia, które w sezonie letnim nadal służą turystom do różnych celów (takie moje założenie). No i ruiny portu z paroma korodującymi kutrami. Ruszyliśmy wzdłuż torów, robiąc co pewien czas postoje. Rzuca się w oczy porozrzucany złom, rdza, która wygląda pięknie w świetle zachodzącego słońca. I samo jezioro, które się nie zepsuło mimo upływu czasu.

Jest coś pięknego w tej brzydocie – jak brzydki, niechciany przez nikogo pies, który zasługuje przecież na miłość, łasi się, chce być kochany i przez to wszystko jeszcze bardziej wzbudza pozytywne uczucia. Przecież ludzie w Balykczy mieszkają i jakoś muszą żyć. Zaobserwowaliśmy, że szyny były wyprodukowane w Azowstalu w latach sześćdziesiątych.

Idąc dalej miastem, przyczepił się do nas jakiś pijany lokals o złotych zębach. Był raczej przyjaźnie nastawiony, nie wiem, o co mu chodziło, ale nie odpuszczał. Aż dziwne, że jeszcze nie przehandlował uzębienia.

W “centrum” “miasta” dawny ośrodek agitacyjny, uwieczniona w paździerzu piękna sowiecka rzeczywistość i facjata Lenina. Takoż samo i popiersie wspomnianego osobnika wykonane w kamieniu. To miejsce jest chyba taka nieoficjalną wizytówką tego miasta bo jako pierwsze pojawiło się w przeglądarce kiedy wpisałem nazwę tej miejscowości.

Co do zakwaterowania – było ono utrzymane w tradycyjnym, dawnym stylu – zgodnym z charakterem tych rejonów. Dodatkowo lokal, ukryty był w gąszczu tak, że ciężko go było znaleźć. Na podwórku czekała prawdziwa jurta – niestety, nie dla nas, ktoś zdążył ją zająć przed nami. Gospodarze bardzo mili, bardzo dobre śniadanie.

Będąc w Bałykczy, warto udać się do kanionu konorczek. Poza tym, mając więcej czasu, warto wynająć taksówkę i zrobić całodniowa wycieczkę wzdłuż jeziora.

Kanion konorczek

To znakomite miejsce dla miłośników trekkingu. Zaletą jest niesamowita cisza – w naszym przypadku nie mijaliśmy nikogo.

A wracając do kanionu, najlepiej wynająć jakieś auto, bo miejsce to jest z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Oprócz tego, dobrze umówić się z kierowcą, żeby poczekał jakieś 4 godziny, bo inaczej może być ciężko wrócić. Dojście do kanionu to około 4 km pieszo trasą o trudności trochę powyżej średniego. Mądrze jest założyć ciepłe ubranie, zwłaszcza buty i spodnie. Niestety ja nie byłem wystarczająco mądry i (poza dobrymi butami) chciałem pokonać trasę w krótkich spodenkach. Na szczęście nasz kierowca zauważył moją niefrasobliwość i pożyczył mi robotnicze spodnie, co – jak się szybko okazało – było krokiem we właściwym kierunku. Pogodę mieliśmy parszywą, było zimno i w połowie drogi już nieźle padało, a zważywszy, że w paru miejscach było praktycznie pionowo i trzeba było korzystać z lin, z całej wyprawy wróciliśmy nieźle zmarznięci.

Tokmok

Spędziliśmy w tym mieście jeden dzień, głównie dlatego że naszym celem była położona niedaleko Burana – wieża i pozostałości średniowiecznego miasta, które było niegdyś ważnym ośrodkiem handlowym na Jedwabnym Szlaku.

Właściciel poprzedniego lokalu, w którym mieszkaliśmy, zaoferował się dowieźć nas do Tokmok (ok. 120 km) i wozić przez dzień, gdzie chcemy, za ok. 20 dolarów. Przystaliśmy na tę ofertę. W roli samochodu rozklekotany Japończyk, który jednak dawał doskonale radę.

Co do samej Burany, to jest to zabytek UNESCO, wieża z x wieku, jedyna pozostałość po mieście które tu kiedyś było. I chyba jedyna ciekawa rzecz w okolicy. 

Tokmok natomiast to typowe, postkomunistyczne miasto bez wyrazu. Smutek, bałagan, wszędzie można spotkać stare, ogromne banery z sierpem i młotem oraz inne ciekawe relikty epoki. Piękno w stanie surowym. W środku miasta znajduje się pomnik z samolotu, który jest jednocześnie centralnym punktem orientacyjnym w tym mieście.

No i w tym miejscu, pierwszy raz miałem okazję pić piwo pod pomnikiem Lenina.

Wieczorem zrobiliśmy marsz najważniejszą(to trochę na wyrost, jak większośc rzeczy w tym mieście) ulicą Lenina, zaopatrzyliśmy się w podstawowe produkty, w tym cebulę oraz słoninę z barana i wróciliśmy do naszego miejsca zakwaterowania celem konsumpcji.

Jak nas poinformowano, w całym mieście są tylko dwa miejsca oferujace zakwaterowanie. Do pięciu gwiazdek daleko – wanna z antyczną patynką, mebelki w Chruszczowowskim stylu, ale tradycyjnie dobre śniadanie i podstawowe wygody zapewnione. No i właściciel mający obsesję na punkcie zdejmowania butów, cholera.

Zamiast gwiazdek powinny byc nadawane sierpy. Ten objekt zasluguje na cztery sierpy, zdecydowanie.

Osh

W Osh byliśmy dwa razy. Raz, krótko bo parę godzin, zaraz po przyjeździe. Za drugim razem spędziliśmy tam prawie dwa dni, więc mieliśmy więcej czasu na zwiedzanie.

Osh to drugie co do wielkości miasto Kirgistanu, leżące w Dolinie Fergańskiej. Znane z historycznej Góry Sułajman-Too (UNESCO) i ważnego bazaru, Osz ma ponad 3000 lat historii. To kluczowy ośrodek handlowy, kulturowy i administracyjny południowego Kirgistanu.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy od razu po przyjeździe podczas naszej dłuższej wizyty, było pójście na Sułajman-Too, “leczniczą” górę wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ze szczytu góry rozciąga się wspaniały widok na całe miasto. Przy tym wszystkim nie sposób nie zauważyć łopoczącej na wietrze potężnej flagi Kirgistanu. Cała wycieczka na górę zajmuje około 3 godzin.

Po powrocie z góry udaliśmy się na targ. Targ w Oszu to jeden z najstarszych i największych bazarów Azji Środkowej, działający od czasów Jedwabnego Szlaku.

3. Logistyka

Samolot

Taksowka

Marszrutka

4. Noclegi

Tradycyjnie, przez Booking. Co ciekawe, w jednym miejscu właściciel napisał nam, że anuluje naszą rezerwację, ale żebyśmy się nie przejmowali, bo policzymy się po przyjeździe.

5. Kuchnia i napoje

Podczas naszej podróży po Kirgistanie szczególnie przypadły nam do gustu manty, lagman i szaszłyki – nieskomplikowane, ale smaczne. Trzymaliśmy się bezpieczniejszych wyborów, pomijając lokalne specjały jak kumys czy kulki z suszonego jogurtu (kurut) które dla naszych europejskich żołądków stanowiły zagadkę. Trafiliśmy też na świetną restaurację, gdzie spróbowaliśmy ogromnej, świeżo przyrządzonej troci. Jezeli chodzi o ceny to jest to zdecydowanie niska polka.

Piwo

Kirgiski browar nie zachwyca. Żiwoje, Nasze czy Arpa sprzedawane w oldschoolowych butelkach z retro etykietami – wszystko słabej jakości. Do tego często piwa brakuje w sklepach, czasem rowniez brakuje go w knajpach. Jak już jest, to zwykle ciepłe, co tylko pogarsza wrażenia. Wyjątek stanowiły knajpy w Biszkeku, gdzie można było spróbować kraftów, jak BBC (Bishkek Beer Company). Czasem trafia się też kazachskie “Krużka Swieżego” – zdecydowanie lepsze od lokalnych propozycji.

6. Porady praktyczne

Muszle klozetowe różnią się od tych w Europie, więc potrzeba chwili, by przyzwyczaić się do nowego rozwiązania 🙂

W tym kraju nie ma wieprzowiny.

Kraj muzulmanski ale w wersji rozwodnionej, radzieckiej. Ludzie nastawieni pozytywnie do przybyszow z innego kontynentu.

7. Podsumowanie

Warto? Warto!

Ukraina, morze Azowskie. Wrzesien 2021

  1. 2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
    1. Kijów
    2. Berdiańsk
    3. Mariupol
    4. Chersoń
  2. 3. Logistyka
  3. 4. Noclegi
  4. 5. Kuchnia i napoje

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Kijów – Berdiańsk – Mariupol – Kijów

Kijów

Nasz wypad na południe Ukrainy miał miejsce we wrześniu 2022 roku, więc był w praktycznie ostatnim momencie przed rosyjską inwazja. Pociągi jeździły normalnie, do Kijowa można było dolecieć samolotem a i sam Kijów miał całkiem dobrze rozbudowaną siatkę połączeń lotniczych.

Po przylocie do Kijowa z Gdańska, postanowiliśmy przejść się pieszo do miasta. Odległość wynosi około 8 km, tak więc jeśli ma się w zapasie 2-3 godziny, jest to całkowicie wykonalne.

Nastepnie wieczorem podróż pociągiem do Berdianska. 15 godzin sypialnym.

Przed dworcem “Puzata chata” gdzie zjedliśmy śniadanie. Ukraińska sięciówka – bufet. W moim przyadku trzeci raz miałem przyjemność tam jeść – wcześniej pierwszy raz przed podróżą do Ałmatów, później podczas krótkiego wypadu do Hajworonu.

Berdiańsk

Idziemy promenadą wzdłuż brzegu. Plaża, kąpiel w morzu Azowskim zaliczona. Nie byle co, bo mamy prawie koniec września. Zwraca uwagę “Berdianska kosa”, charakterystyczny kawałek lądu wcinający się w głąb morza.

Ludność bardzo pozytywnie nastawiona, w wielu przypadkach ktoś ma kogoś, kto pracuje “w Polszy”. Cała komunikacja oczywiście w języku rosyjskim (jeżeli ktoś zna – ja niestety nie bardzo).

Mariupol

Następnego dnia, do Mariupola dostaliśmy się marszrutką z Berdianska – około godzina drogi. W czasie podróży minęliśmy parę punktów kontrolnych, tzw. blokpostów, gdzie żołnierze z karabinami sprawdzali przejeżdżające pojazdy. Kto by pomyślał, ile rzeczy może się zdarzyć w ciagu godziny… Siedzący przed nami lokals zastanawiał się, czy nie poczęstować nas zachomikowaną butelką wódki. Zerkał, zerkał a z naszej strony nie było zainteresowania. W końcu odpuścił, wypił sam. Takie widoki.

Przy wjeździe do miasta powitał nas smutny mural na bloku przedstawiający dziecko trzymające misia. Miś na miarę naszych możliwości… Brak słońca, wiszące nad naszymi glowami ołowiane chmury, dziurawe drogi, rozwalone mosty potęgowały depresyjny nastrój. Miś? Dzieci? To nie żąrt, miasto ucierpiało od rosyjskich bomb i ostrzałów w 2014. I kto by pomyślał, że parę miesięcy po naszej wizycie wszystko zacznie się od nowa.

Wybraliśmy się w kierunku zakładów Azow. Równolegle do nowego mostu wiedzie stary, nieużywany. Pokrzywiony, zniszczony. Mimo to widzieliśmy paru rybaków, a nawet zaparkowany na nim samochód. Zrobiliśmy przechadzkę. Widok z mostu: ktoś zrobił zakupy w monopolowym i po chwili przybyli koledzy, koleżanki. Wzędobylskie bezpańskie psy. Dobre, przyjaźnie nastawione. Azow stal.

Jako że musieliśmy zdążyć na wieczorny pociąg powrotny do Kijowa, nasz pobyt był ograniczony do jednego dnia. Przed wyjazdem w przydworcowej knajpie zjedliśmy pielmieni – tradycyjne rosyjskie pierożki z farszem i parę innych specjałów. Fajnie, zwłaszcza, handlarka używała liczydła.

I znów 15 godzin – tym razem w druga stronę, w wagonie sypialnym, bez przedziałów, tzw. plackartnyj. Tego typu wagony mają swoje korzenie w XIX wieku, gdzie sprawdziły się doskonale przy transporcie rannych, z uwagi na łatwy dostęp do leżących pasażerów. W naszym przypadku rannych nie było – podróżowaliśmy w taki sposób, bo wagony z przedziałami były wykupione. Dodatkowym atutem była też znacznie niższa cena. Mimo to, komfort takiej podróży jest przyzwoity, każdy ma swoje łóżko, czyste prześcieradło i koc – co by nie narzekać, higiena to jednak standard we wschodnich kolejach. Dodatkowo, w każdym wagonie dostęp do samowaru z gorącą wodą, więc można sobie zaparzyć herbatę czy zalać zupę – standard.

Hah, i podobno czasem można się załapać na fajną imprezę:)

Chersoń

Miasto w którym spędziliśmy zaledwie parę godzin, tam bowiem mieliśmy przesieadkę na pociąg do Kijowa. Krótko tam byliśmy – moim zdaniem, to miasto, jakich wiele w post sowieckiej rzeczywistości. Wg wikipedii, 280 tysięcy mieszkańców przed inwazją. Duży port rzeczny itp..

Komu by przyszło do głowy, co zdarzy się za kilka miesięcy. Pewnie nikomu, bo kto może wiedzieć, co kryje się w głowie psychopaty.

3. Logistyka

Kolej, samolotem (wizzair) z Gdańska do Kiljowa

4. Noclegi

Poza Berdiańskiem, gdzie spaliśmy w hotelu, pozostałe noce spędziliśmy w pociągach.

5. Kuchnia i napoje

Pielmieni, Tavrija:)